Miłość silniejsza niż śmierć i chorobliwa zazdrość o inne kobiety. Wdowa po Jerzym Bińczyckim przerywa milczenie po latach

Legenda polskiego kina, niezapomniany Bogumił Niechcic z „Nocy i dni” oraz profesor Rafał Wilczur ze „Znachora”, Jerzy Bińczycki, przez niemal dwie dekady tworzył z Elżbietą Bińczycką związek, który dla wielu był uosobieniem ideału. Jednak za zamkniętymi drzwiami ich krakowskiego mieszkania rozgrywały się sceny pełne emocji, o których świat dowiedział się dopiero teraz. Choć od nagłej śmierci aktora minęło już wiele lat, jego żona zdecydowała się na niezwykle szczere wyznanie dotyczące ich wspólnej codzienności oraz mroczniejszej strony ich wielkiej miłości – chorobliwej zazdrości, która towarzyszyła im niemal na każdym kroku.

Wszystko zaczęło się od zwykłego studenckiego wywiadu. Elżbieta, wówczas młodziutka studentka polonistyki, młodsza od aktora o siedemnaście lat, pojawiła się w życiu Bińczyckiego w momencie, gdy ten był już po bolesnym rozwodzie z pierwszą żoną, aktorką Elżbietą Will. Rozczarowany poprzednim małżeństwem, Jerzy otwarcie deklarował, że nie wierzy w trwałość związków wewnątrz branży artystycznej. Jednak gdy spotkał Elę, wszystko się zmieniło. Jak sam później podkreślał w rozmowach z bliskimi, odnalazł w niej spokój i tradycyjne wartości, których tak bardzo mu brakowało. Ich ślub w 1980 roku był początkiem najpiękniejszego, ale i niezwykle intensywnego etapu w ich życiu.

Dzieliło ich 17 lat, połączyła miłość. Niezwykła historia miłości Jerzego i  Elżbiety Bińczyckich | Viva.pl

W najnowszych wspomnieniach wdowa po wielkim artyście nie ukrywa, że bycie żoną tak uwielbianego mężczyzny było ogromnym wyzwaniem. Jerzy Bińczycki budził ogromne emocje wśród kobiet – jego głęboki głos, męska siła i melancholijne spojrzenie sprawiały, że fanki wręcz lgnęły do niego po każdym spektaklu w Starym Teatrze. Elżbieta Bińczycka przyznała szczerze, że jako młoda mężatka nie potrafiła przejść obok tego obojętnie. Wyjawiła, że potrafiła być bezwzględna wobec kobiet, które pozwalały sobie na zbyt wiele w obecności jej męża.

„Gdy jakaś pani po premierze trzymała go za rękę, zaczęła głaskać, to ją skrzyczałam. I najbliższej przyjaciółce nie przepuściłam. Powiedziałam jej: nie dotykaj go, jest mój” – wspomina z rozbrajającą szczerością. Co najciekawsze, aktor wcale nie miał o to pretensji do swojej wybranki. Wręcz przeciwnie, wybuchy zazdrości żony bawiły go i sprawiały, że czuł się kochany oraz doceniany. Było to dla niego potwierdzenie, że ich więź jest żywa i niezwykle silna.

Mimo tych drobnych burz, ich małżeństwo było oparte na głębokim zaufaniu i wzajemnym oddaniu. Jerzy z każdego planu filmowego czy wyjazdu teatralnego pędził do domu, by jak najszybciej znaleźć się u boku Eli i ich syna Jana. To właśnie rodzina była dla niego największym azylem, o czym świadczyły chociażby łzy wzruszenia, gdy po raz pierwszy zobaczył swojego nowonarodzonego syna.

Filmowego Znachora nie ma z nami już ćwierć wieku. Żona aktora wyznaje:  "Dwa lata po jego śmierci były najgorsze"

Nagły zawał serca w październiku 1998 roku brutalnie przerwał tę sielankę. Elżbieta była przy mężu do ostatniego tchnienia, zdejmując mu okulary z nosa, gdy zasypiał po powrocie z balu, nie wiedząc jeszcze, że to ich ostatnie wspólne chwile. Dziś, po ćwierć wieku od tamtej tragedii, wdowa wciąż pielęgnuje pamięć o ukochanym, przyznając, że choć czas leczy rany, tęsknota za „prawym człowiekiem”, jakim był Bińczycki, nigdy nie wygaśnie.

Like this post? Please share to your friends: