1971. Sylvester Stallone przechadzał się ulicami Nowego Jorku, ściskając w dłoniach zużytą teczkę i pusty żołądek. W środku znajdował się scenariusz, którego nikt nie chciał czytać. „Rocky” – pisany ręcznie między nocnymi zmianami i nieprzespanymi nocami – był czymś więcej niż tylko opowieścią; to była jego gra, by się odkupić i sprawić, by świat usłyszał o zapomnianych.

Mieszkał w schronisku nad stacją metra, gdzie ryk przejeżdżających pociągów był mniej dotkliwy niż cisza telefonu, który nigdy nie dzwonił. Jedyną osobą, która zdawała się rozumieć jego codzienną walkę, był Butkus, jego wierny bulmastif. Wielki, nieustraszony i z oczami, które nie raz uratowały Stallone’a przed rozpaczą.

Ale rzeczywistość była brutalna. Bez pieniędzy na jedzenie, bez udziału w studiu i bez pomocy, Stallone podjął trudną decyzję: powierzyć Butkusa komuś, kto mógłby się nim lepiej zaopiekować. To nie była sprzedaż – to była walka o przetrwanie, nacechowana poczuciem winy. Mężczyzna, poruszony historią Stallone’a, dał mu trochę pieniędzy – akurat tyle, żeby mógł przeżyć jeszcze kilka dni.

Mijały miesiące. Stallone wciąż pukał do drzwi. Niektórym podobał się jego scenariusz, ale nikt nie chciał go w roli głównej. Nie poddał się. Walczył zaciekle, upierając się, że Rocky sprawdzi się tylko wtedy, gdy sam zagra tę rolę. Wbrew wszelkim przeciwnościom, wygrał.
Kiedy w końcu dopiął swego i dostał pierwszą wypłatę, nie kupił sobie nowych ubrań ani nie świętował. Poszedł prosto na Butkusa. Mężczyzna trzymający psa, widząc desperację – i sukces – Stallone’a, wyznaczył wysoką cenę: 15 000 dolarów. Stallone nie protestował. Zapłacił.
Butkus powrócił. Ten sam pies, który towarzyszył mu w głodzie i beznadziei. I jakby los chciał zamknąć krąg sprawiedliwością, Butkus nie wrócił po prostu – pojawił się u boku Stallone’a w „Rockym” i „Rockym II” , żywy świadek historii, która zaczęła się od zera… i wzniosła się do wielkości.