Wokół długo wyczekiwanej kontynuacji filmu „Nigdy w życiu!” rozpętała się prawdziwa burza. Początkowo wszystko zapowiadało się niemal idealnie. Informacja o powstaniu drugiej części jednego z najpopularniejszych polskich filmów spotkała się z ogromnym entuzjazmem widzów, którzy jeszcze przed rozpoczęciem zdjęć deklarowali, że pojawią się w kinach. Szybko jednak okazało się, że powrót do dobrze znanej historii nie będzie tak prosty, jak mogło się wydawać.
Jedną z najważniejszych informacji dotyczących obsady przekazała Joanna Jabłczyńska. Aktorka, która w pierwszej części wcielała się w Tosię, czyli córkę Judyty, poinformowała, że nie powróci do tej roli w sequelu. Postać przypadła innej aktorce, podczas gdy w roli Judyty ponownie zobaczymy Danutę Stenkę.
Jabłczyńska nie ukrywała, że decyzja produkcji bardzo ją zraniła. Nie potrafiła pogodzić się z tym, że po latach nie będzie mogła ponownie wcielić się w bohaterkę, z którą tak mocno kojarzą ją widzowie. Według przekazanych przez nią informacji na decyzję dotyczącą obsady miały wpływać naciski podmiotów sponsorujących projekt.
Jej szczerość wywołała ogromną reakcję. W internecie szybko pojawiły się głosy poparcia dla aktorki, a część internautów zaczęła nawet deklarować bojkot filmu. Nie wszystkim jednak spodobał się sposób, w jaki Jabłczyńska zdecydowała się mówić o całej sprawie. Karolina Korwin Piotrowska określiła wywołaną przez aktorkę aferę mianem „żenującej”.
Czy jednak rzeczywiście można tak ocenić zachowanie Jabłczyńskiej? W tej sprawie pojawiły się argumenty, że problem leży zupełnie gdzie indziej.
Polski show-biznes przez lata przyzwyczaił odbiorców do sytuacji, w których osoby publiczne bardzo ostrożnie wypowiadają się o kulisach swojej pracy. „Zachowała się z klasą” często oznacza po prostu, że ktoś nie powiedział głośno tego, co naprawdę czuje. Milczenie może być wygodne, szczególnie gdy istnieje ryzyko przypięcia komuś etykiety osoby trudnej, problematycznej albo kłopotliwej we współpracy.
Jabłczyńska zdecydowała się jednak zrobić coś odwrotnego. Zamiast udawać, że wszystko jest w porządku, otwarcie powiedziała o swoim rozczarowaniu i poczuciu krzywdy. Nie ukrywała emocji, choć musiała mieć świadomość, że taka szczerość może mieć swoją cenę.
Jej decyzja o przerwaniu milczenia została przedstawiona jako odważny krok, szczególnie w kontekście polskiej branży filmowej. Aktorka mogła liczyć się z krytyką, kolejnymi komentarzami, a nawet z niewypowiedzianą niechęcią ze strony części środowiska. Mimo to zdecydowała się mówić otwarcie.
Trudno również sprowadzić jej reakcję wyłącznie do rozczarowania utratą roli. W przypadku Jabłczyńskiej chodzi bowiem o coś znacznie bardziej emocjonalnego. Tosia nie jest dla niej po prostu kolejną postacią w zawodowym dorobku. To bohaterka związana z filmem, który przez lata zdobył sympatię widzów. Aktorka ma z tą historią własną więź, podobnie jak publiczność, która przez lata przyzwyczaiła się właśnie do niej w tej roli.
Dlatego emocje Jabłczyńskiej spotkały się z tak zdecydowaną reakcją fanów. Wielu widzów również nie wyobraża sobie Tosi w innym wydaniu. Dla nich pierwsza część filmu stworzyła konkretny obraz bohaterów, a nostalgia jest jednym z najważniejszych powodów, dla których w ogóle czekają na kontynuację.
I właśnie nostalgia może okazać się tutaj najważniejszym elementem całej historii. Twórcy „Nigdy w życiu!” chcieli wykorzystać ogromne zainteresowanie powrotem filmu, jednocześnie nie ujawniając od razu wszystkich informacji dotyczących obsady. Brak Jabłczyńskiej, większy nacisk na córkę Judyty niż na samą Judytę oraz nieobecność postaci granej przez Joannę Brodzik to kwestie, które mogły znacząco wpłynąć na odbiór projektu.
Oczywiście w nowej części ponownie pojawią się Danuta Stenka i Artur Żmijewski, których widzowie doskonale pamiętają z pierwszej odsłony. Jednak nawet ich obecność nie musi wystarczyć, jeśli publiczność oczekiwała przede wszystkim powrotu znanych postaci i emocji związanych z oryginałem.
Problemem okazał się również sposób komunikowania decyzji dotyczących obsady. Zamiast jasnego przedstawienia sytuacji pojawiła się przestrzeń dla domysłów, oczekiwań i nadziei, że Jabłczyńska jednak powróci. Tymczasem aktorka sama zdecydowała się opowiedzieć o tym, co ją spotkało.
Nie brakuje również osób broniących producentów. Ich argument jest prosty: osoby znające książkę Katarzyny Grocholi mogły wcześniej przewidzieć pewne rozwiązania fabularne. Jednak film to nie tylko historia zapisana na papierze. Widzowie, którzy kupują bilet na „Nigdy w życiu 2”, mają również określone oczekiwania wobec obsady i klimatu produkcji.
To właśnie publiczność przez lata nadała tej historii wyjątkowe znaczenie. Zarówno książka Katarzyny Grocholi, jak i pierwsza część filmu nie są przecież powszechnie uznawane za najwybitniejsze dzieła polskiej kultury. Ich siła tkwi przede wszystkim w tym, jak bardzo pokochali je czytelnicy i widzowie.
Dlatego próba odejścia od tego, czego oczekuje publiczność, może okazać się ryzykowna. Część widzów już teraz zaczęła zastanawiać się, czy kontynuacja rzeczywiście spełni pokładane w niej nadzieje. A cała dyskusja wokół Joanny Jabłczyńskiej tylko dodatkowo podsyciła emocje.
W tej historii nie chodzi więc wyłącznie o jedną rolę. Chodzi o pamięć widzów, przywiązanie do bohaterów i o to, czy w przypadku tak mocno wyczekiwanej kontynuacji można po prostu odciąć się od emocji, które przez lata narosły wokół pierwszej części. Jabłczyńska powiedziała głośno to, co wielu fanów najwyraźniej również czuło. I właśnie dlatego jej słowa wywołały tak silną reakcję.