Trudno wyobrazić sobie dorobek Ireny Santor bez utworu „Już nie ma dzikich plaż”. Piosenka, która z czasem urosła do rangi symbolu nostalgii i przemijania, do dziś porusza kolejne pokolenia słuchaczy. Choć dla wielu brzmi jak naturalna część historii polskiej muzyki, jej powstanie było splotem emocji, przypadków i nieoczywistych decyzji, o których niewielu fanów miało dotąd pojęcie.

Historia zaczęła się wiosną 1985 roku. Krzysztof Logan-Tomaszewski, autor tekstu, mieszkał wtedy w nowym mieszkaniu przy ulicy Reymonta. Pewnego majowego dnia jego uwagę przyciągnęło stare, pożółkłe zdjęcie matki z czasów młodości. Ten jeden obraz uruchomił lawinę wspomnień i refleksji nad tym, co bezpowrotnie minęło. W głowie autora zaczęły pojawiać się obrazy pustych, dzikich plaż polskiego wybrzeża – Międzyzdrojów, Karwii, Jastarni, Juraty czy Ustronia Morskiego. Miejsc, gdzie kiedyś można było przejść długie kilometry bez spotkania drugiego człowieka, co dziś wydaje się niemal niewyobrażalne.
Tekst powstawał niemal sam, linijka po linijce, w atmosferze melancholii i zadumy. Logan-Tomaszewski wyobrażał sobie młodego człowieka wędrującego samotnie wzdłuż brzegu morza, zanurzonego w myślach, wspomnieniach i emocjach. W słowach pojawiły się bursztyny, słomkowe kapelusze, mewy kreślące ósemki nad pustą plażą – obrazy proste, a jednocześnie niezwykle sugestywne. Tak narodził się tekst, który idealnie oddawał ducha przemijającego świata.
Z gotowym tekstem autor zwrócił się najpierw do Czesława Niemena. Ten początkowo był zainteresowany, jednak ostatecznie przyznał, że nie potrafi znaleźć odpowiedniej melodii. Jak sam stwierdził, wszystko, co próbował skomponować, brzmiało jak walczyk, a to zupełnie nie pasowało do klimatu słów. Wtedy pojawił się pomysł, by zaprosić do współpracy kogoś zupełnie innego.

Wybór padł na Ryszarda Szeremetę – jazzmana, kompozytora i byłego członka zespołu Novi Singers, który właśnie rozpoczął pracę w Polskim Radiu. Decyzja okazała się strzałem w dziesiątkę. Szeremeta błyskawicznie poczuł tekst i już po trzech dniach miał gotową nie tylko melodię, ale również zarejestrowany podkład muzyczny. Utwór nabrał subtelnej elegancji i ponadczasowego charakteru, który idealnie współgrał z melancholijnymi słowami.
Kiedy kompozycja była gotowa, należało znaleźć odpowiedni głos. Ryszard Szeremeta skontaktował się z Ireną Santor i zaproponował jej spotkanie. Przyniósł profesjonalny playback, a artystka niemal natychmiast poczuła, że to piosenka stworzona właśnie dla niej. Tekst, nastrój i melodia doskonale wpisywały się w jej wrażliwość i styl interpretacji. Już po kilku dniach nagrano finalną wersję utworu, a pierwsze publiczne wykonanie, najprawdopodobniej podczas koncertu w Mławie, spotkało się z entuzjastycznym przyjęciem słuchaczy.
Ciekawostką jest fakt, że zanim piosenka trafiła do studia, miała swojego pierwszego, bardzo nietypowego recenzenta. Był nim malarz pokojowy pracujący w mieszkaniu autora. Logan-Tomaszewski, chcąc sprawdzić, czy utwór ma potencjał na przebój, podał mu słuchawkę. Gdy zobaczył, jak robotnik zaczyna nucić melodię i wystukuje rytm zabrudzonym farbą butem, zrozumiał, że piosenka trafi do serc szerokiej publiczności.

Po premierze „Już nie ma dzikich plaż” szybko stało się wielkim przebojem. Nawet Agnieszka Osiecka miała przyznać, że tekst jest tak bliski jej wrażliwości, iż sama mogłaby go napisać. Z biegiem lat utwór doczekał się wielu interpretacji i wykonań przez różnych artystów, ale to wersja Ireny Santor na zawsze pozostała tą najbardziej ikoniczną. Piosenka do dziś pozostaje poruszającym świadectwem tęsknoty za światem, który odszedł, i emocji, które wciąż są zaskakująco aktualne.