Polska scena muzyczna zna ją jako dumną, niezwykle charyzmatyczną i pewną siebie artystkę o nienagannej figurze, która od dekad magnetyzuje publiczność swoim nieziemskim głosem. Mało kto jednak wie, że Justyna Steczkowska nosi w sobie tajemnicę, która całkowicie przedefiniowała jej spojrzenie na ludzką egzystencję i odebrała jakikolwiek strach przed końcem ziemskiej wędrówki. Jako zaledwie pięcioletnia dziewczynka, przyszła gwiazda estrady przeżyła dramatyczny wypadek, który przeniósł ją na samą granicę życia i śmierci.
Wszystko wydarzyło się podczas beztroskiej zabawy z rówieśniczką, która w ułamku sekundy zamieniła się w prawdziwy horror. Mała Justyna jechała na rowerze razem ze swoją kuzynką. Dziewczynka dla żartu zaczęła gwałtownie trząść kierownicą, nie zdając sobie sprawy z potwornego niebezpieczeństwa. Chwilę później doszło do wypadku. Pojazd runął na ziemię z ogromną siłą, a bezbronne dziecko uderzyło głową bezpośrednio o twardy, bezwzględny beton. Nastąpiła przerażająca cisza. Z ucha nieprzytomnej dziewczynki natychmiast zaczęła sączyć się krew, a jej film życiowy po prostu się urwał.

Dla kochających rodziców moment ten stał się początkiem najgorszego koszmaru, jaki może spotkać matkę i ojca. Przez kolejny tydzień z małą Justyną nie było absolutnie żadnego kontaktu. Dziewczynka trwała w głębokiej śpiączce, balansując na krawędzi światów, podczas gdy medycyna rozkładała ręce w obliczu tak poważnego urazu głowy. Zrozpaczeni rodzice spędzali całe dnie i noce na kolanach, żarliwie modląc się o jakikolwiek znak, o powrót ukochanej córki z otchłani. Nie wiedzieli wtedy, że ich dziecko znajduje się już zupełnie gdzie indziej.
Po latach wokalistka wyznała, że w tym dramatycznym okresie doświadczyła autentycznej śmierci klinicznej. Pamięta tamten stan wyjątkowo wyraźnie. Wspominała, że znalazła się w zupełnie innej, niematerialnej przestrzeni, dalekiej od gęstego, codziennego świata pełnego łóżek, domowych sprzętów i fizycznej obecności bliskich. Towarzyszyło jej niewyobrażalne poczucie absolutnej wolności, niespotykanego piękna oraz otaczającej zewsząd miłości, empatii i głębokiego spokoju. Przyszła gwiazda była przekonana, że przebywa wówczas wśród aniołów, a całe doświadczenie jawiło się jej jako coś niezwykle dobrego i przyjemnego.
Nauka od lat próbuje rozwikłać ten fascynujący i zagadkowy fenomen. Śmierć kliniczna to specyficzny, dramatyczny moment, w którym całkowicie ustaje akcja serca oraz zatrzymuje się proces oddychania. Choć krew przestaje krążyć, a komórki zostają odcięte od tlenu, ludzki mózg nie obumiera natychmiast. Istnieje niezwykle krótkie, kilkuminutowe okno czasowe, w którym przy natychmiastowej interwencji medycznej, takiej jak resuscytacja krążeniowo-oddechowa czy defibrylacja, można cofnąć pacjenta z tej ostatecznej drogi. Jeśli jednak ratunek nie nadejdzie na czas, dochodzi do nieodwracalnej śmierci biologicznej lub śmierci mózgu, skąd nie ma już powrotu.

Medyczne statystyki są jednak bezwzględne dla osób, które udaje się przywrócić do świata żywych. Nagłe niedotlenienie mózgu, trwające nawet krótką chwilę, bardzo często pozostawia po sobie trwałe ślady w postaci problemów z pamięcią, koncentracją czy koordynacją ruchową. Do tego dochodzą głębokie traumy psychiczne, depresje i stany lękowe wywołane nagłym zagrożeniem życia. U Justyny Steczkowskiej ten graniczny moment przyniósł jednak zupełnie odwrotny skutek, trwale zmieniając jej psychikę na resztę dorosłego życia.
Gwiazda wielokrotnie podkreślała w wywiadach, że tamto dziecięce przeżycie całkowicie wymazało z jej serca lęk przed śmiercią. Zamiast paraliżującego strachu, wokalistka odczuwa dziś czystą, głęboką ciekawość dotyczącą tego, co czeka nas po drugiej stronie i dokąd zmierzamy, gdy zamkną się za nami ziemskie drzwi. Dla niej śmierć przestała być końcem wszystkiego, stając się jedynie naturalnym przejściem do innej, znacznie piękniejszej rzeczywistości.