Dominika Serowska coraz śmielej zaznacza swoją obecność w świecie show-biznesu i nie zamierza filtrować tego, co dzieje się w jej życiu prywatnym. Tym razem zdecydowała się odsłonić kulisy codzienności, które dla wielu mogą brzmieć zaskakująco, a nawet… niewygodnie. W szczerej rozmowie opowiedziała o tym, jak naprawdę wygląda jej nocna rutyna z Marcinem Hakielem.
Jeszcze niedawno była jedną z uczestniczek programu „Królowa przetrwania”, gdzie przyciągnęła uwagę widzów swoją bezpośredniością i charakterem. Dziś ponownie wywołuje emocje – ale już nie na ekranie, a w życiu prywatnym. Wszystko przez jedno wyznanie, które natychmiast podzieliło opinię publiczną.

Okazuje się, że para zdecydowała się na tzw. „model skandynawski”, czyli… spanie osobno. Dla wielu to trudne do wyobrażenia, jednak dla Serowskiej jest to absolutna konieczność, a nie chwilowy kaprys. Jak sama przyznała, sen to dla niej coś więcej niż tylko odpoczynek – to warunek normalnego funkcjonowania.
Nie owijała w bawełnę. Wprost powiedziała, że nie widzi żadnej przyjemności w dzieleniu łóżka z drugą osobą. W jej oczach to nie romantyzm, lecz źródło frustracji. Wymieniła wszystko to, co dla wielu jest codziennością: nocne odgłosy, wiercenie się, zabieranie kołdry czy przypadkowe kopnięcia. Dla niej to nie drobiazgi, a prawdziwy koszmar, który odbiera spokojny sen.
Sytuacja staje się jeszcze bardziej wymagająca, odkąd para opiekuje się małym dzieckiem. Jak zdradziła, dzielą się nocnymi obowiązkami – raz jedno z nich zajmuje się maluchem, innym razem drugie. Tym bardziej potrzebuje przestrzeni, by móc się naprawdę wyspać i odzyskać siły.

Początkowo Marcin Hakiel nie był przekonany do takiego rozwiązania. Z czasem jednak – jak przyznała Serowska – dostrzegł jego zalety i zaakceptował nowy układ. Ich relacja na tym nie cierpi. Wręcz przeciwnie – wieczory nadal spędzają razem. Rozmawiają, oglądają coś, przytulają się i budują bliskość na swój sposób.
Jednak gdy przychodzi moment snu, granica jest wyraźna. Dla Dominiki to przestrzeń tylko dla niej. Podkreśla, że nie postrzega wspólnego spania jako czegoś, co wzmacnia relację. W jej odczuciu to raczej przyzwyczajenie niż rzeczywista potrzeba bliskości.
To wyznanie natychmiast wywołało lawinę komentarzy. Jedni widzą w tym oznakę chłodu i dystansu, inni – dojrzałość i świadomość własnych potrzeb. Jedno jest pewne: Serowska nie zamierza dopasowywać się do oczekiwań i jasno pokazuje, że w związku najważniejsze jest to, co działa dla dwojga, a nie to, co wypada.