Trzydniowe szaleństwo, niesamowite prezenty i tłum gwiazd. Ślub legendy PRL-u przeszedł do historii jako najgłośniejsza impreza epoki

To miało być kameralne spotkanie dla najbliższych, a przerodziło się w legendarne, trwające aż trzy dni weselne szaleństwo, o którym plotkowano przez dekady. Kiedy Zbigniew Cybulski, absolutna ikona polskiego kina i idol pokolenia nazywany polskim Jamesem Deanem, postanowił wreszcie sformalizować swój związek z piękną Elżbietą Chwalibóg, cała artystyczna Warszawa i Trójmiasto wstrzymały oddech. Choć uroczystość planowano z wielką dyskrecją dla zaledwie trzydziestu wybranych osób, rzeczywistość brutalnie i hucznie zweryfikowała te plany. Informacja o ślubie lotem błyskawicy obiegła środowisko, a pod Urząd Stanu Cywilnego w Sopocie ściągnęły nieprzebrane tłumy wielbicieli i przyjaciół.

Młoda para spóźniła się na własną uroczystość, co tylko podkręciło i tak już gorącą atmosferę wyczekiwania. Towarzyszyli im wybitni twórcy, reżyserzy oraz ikony ówczesnego ekranu. Legendarny aktor Bogumił Kobiela, najbliższy przyjaciel pana młodego, dwoił się i troił, by ten wyjątkowy dzień zapisał się w pamięci wszystkich obecnych. Po oficjalnych formalnościach weselny orszak zapakował się do podstawionego, starego autobusu marki SAN oraz na zwykłe furmanki, ruszając w kierunku malowniczego Chmielna na Kaszubach. Na miejsce dotarło ponad stu nieproszonych, ale niezwykle entuzjastycznie nastawionych gości, wśród których znaleźli się najpopularniejsi malarze, pisarze, muzycy oraz aktorzy tamtych lat. Wybuchła euforia, której nikt nie był w stanie, ani nawet nie chciał kontrolować.

Prezenty, jakie otrzymała młoda para, idealnie odzwierciedlały szaloną i bezkompromisową naturę artystycznej bohemy PRL-u. Wśród podarków znalazła się chruściana miotła, maska z odlewem twarzy Bogumiła Kobieli, a także fajansowy nocnik opatrzony niezwykle dosadną i żartobliwą dedykacją nawiązującą do ogromnego szczęścia pana młodego. Największą sensację wzbudził jednak żywy prosiak, którego goście bez wiedzy właściciela pożyczyli z pobliskiego gospodarstwa, by uroczyście wręczyć go nowożeńcom w ramach weselnego korowodu. Impreza szybko wymknęła się spod kontroli, brakowało krzeseł, stołów i jedzenia, a zmęczeni biesiadnicy spali pod gołym niebem bezpośrednio na trawie, podczas gdy malarze uwieczniali te chwile na gorąco w swoich szkicownikach. Zofia Czerwińska wspominała później, że podczas tego trzydniowego maratonu przynajmniej dwie pary zdążyły się rozejść, a cztery kolejne połączyły się w gwałtownych porywach uczuć. To kultowe wydarzenie na zawsze zapisało się jako symbol niezrównanej fantazji i wolności, jaką potrafili stworzyć artyści w szarych czasach PRL-u.

Like this post? Please share to your friends: