Matka świętego i niewyobrażalny ciężar straty. Po śmierci syna podpisywała listy jednym, przejmującym słowem

Marianna Kolbe przeżyła w swoim życiu więcej bólu, niż wielu ludzi potrafi sobie wyobrazić. Straciła aż pięciu synów. Jednym z nich był Maksymilian Maria Kolbe – franciszkanin, który podczas II wojny światowej w niemieckim obozie koncentracyjnym Auschwitz dobrowolnie oddał życie za współwięźnia Franciszka Gajowniczka. Dla świata stał się symbolem heroizmu i świętości. Dla niej był przede wszystkim synem.

Między Marianną a Maksymilianem istniała szczególna więź duchowa. W czasie wojny kobieta mieszkała w Krakowie i angażowała się w pomoc potrzebującym. Wraz z siostrami felicjankami organizowała schronienie dla uchodźców, zapewniała im jedzenie i ubrania. Opiekowała się także ukrywającymi się w klasztorze kapłanami, wśród których był poszukiwany przez Gestapo ksiądz Ignacy Posadzy.

Matka męczennika" - ukazała się biografia Marianny Kolbe | Niedziela.pl

Jednak mimo tej codziennej pracy i oddania innym, jej myśli nieustannie wracały do syna. Wiedziała, że sytuacja w Niepokalanowie zmieniła się dramatycznie po wybuchu wojny. Część zakonników podjęła działalność w Czerwonym Krzyżu, inni – razem z Maksymilianem – pomagali rannym i ukrywali Żydów. To była działalność niezwykle niebezpieczna.

Maksymilian próbował uspokajać matkę w listach. Pisał, że wszystko jest jeszcze „możliwe”, że nie powinna się martwić. Jednak z czasem w jego słowach pojawiła się nuta niepewności. W jednym z listów napisał: „Czy się zobaczymy? Nie wiem… Niech Niepokalana kieruje i w tej sprawie, jak jej się podoba”.

Wkrótce Marianna dowiedziała się od franciszkanów, że jej syn został aresztowany i przewieziony do obozu w Auschwitz. Od tego momentu modlitwa stała się dla niej codziennością jeszcze bardziej intensywną niż wcześniej. Modliła się razem z felicjankami i – jak później wspominała – miała poczucie, jakby dzieliła z nim jego cierpienie.

Opowiadała, że gdy siadała do jedzenia albo próbowała zasnąć, nagle ogarniała ją bolesna myśl: że on gdzieś tam głoduje i marznie. Mimo tego w jej sercu wciąż tliła się nadzieja.

Ostatni list od Maksymiliana, datowany na 15 czerwca 1941 roku, nie zapowiadał tragedii. Pisał do niej spokojnie: przyjechał transportem do obozu w Oświęcimiu i zapewniał, że wszystko jest dobrze. Prosił, by się o niego nie martwiła, bo dobry Bóg jest wszędzie i pamięta o każdym człowieku.

Kilka tygodni później wydarzyło się coś, co na zawsze zapisało się w historii. 14 sierpnia 1941 roku Maksymilian Maria Kolbe oddał życie za współwięźnia Franciszka Gajowniczka. Został zamknięty w bunkrze głodowym, a po długiej agonii zabity zastrzykiem fenolu.

Matka o. Maksymiliana Kolbego - Wychowanie w Wierze

Marianna nie znała jeszcze szczegółów jego śmierci, gdy przeżyła niezwykłe doświadczenie. Pewnej nocy w sierpniu 1941 roku miała wizję. Jak później opowiadała jednemu z franciszkanów z Niepokalanowa, zobaczyła swojego syna, który wszedł do pomieszczenia w habicie. Był uśmiechnięty.

„Mamusiu – powiedział – zapewniałem ciebie, żebyś się o mnie nie martwiła. Teraz jestem szczęśliwy. Tak, bardzo szczęśliwy”.

Nie zatrzymał się jednak ani na chwilę. Po prostu szedł dalej. Zaskoczona kobieta zaczęła za nim wołać: „Powiedz, gdzie jesteś!”. W tym momencie postać zniknęła.

Jeszcze tego samego dnia Marianna została wezwana do siedziby Gestapo. Tam usłyszała wiadomość o śmierci syna. Dla niej wizja z poprzedniej nocy stała się jednoznacznym znakiem – była przekonana, że Maksymilian chciał przekazać jej, że jest już szczęśliwy.

Śmierć syna była dla niej ogromnym wstrząsem. Nie wiedziała jeszcze wtedy, jak wyglądały ostatnie dni jego życia, że przez ponad dwa tygodnie był przetrzymywany w bunkrze głodowym bez jedzenia i wody.

Od tamtej chwili zmieniło się coś jeszcze. Każdy list, który pisała później, podpisywała w niezwykły sposób. Zamiast swojego nazwiska dodawała słowa: „Matka Bolesna Marya Kolbowa”. Czasem skracała podpis tylko do dwóch słów – „Matka Boleściwa”.

To był podpis, który mówił wszystko o jej życiu.

Like this post? Please share to your friends: