20 lat temu odeszła Hanka Bielicka. Miała 90 lat – „Przypominam huragan”

Na scenie była żywiołem, który trudno było zatrzymać. Publiczność znała ją z błyskotliwego humoru, charakterystycznego głosu i barwnych kapeluszy, które stały się niemal jej drugim znakiem rozpoznawczym. Hanka Bielicka przez dziesięciolecia rozśmieszała Polaków, a jej energia sprawiała wrażenie niewyczerpanej. Dlatego wielu widzów do dziś wspomina moment, gdy kilka dni przed śmiercią pojawiła się jeszcze w telewizji i – jak zwykle – żartowała.

1 marca 2006 r. artystka wzięła udział w nagraniu programu „Szymon Majewski Show”. Z właściwym sobie dystansem do życia rzuciła wtedy zdanie, które dziś brzmi niemal symbolicznie: Dzisiejszy wieczór będzie pod nazwą: Bawcie się dzieci, nim babcia odleci. Publiczność śmiała się, bo właśnie taka była Bielicka – zawsze gotowa obrócić wszystko w żart. Nikt wtedy nie przypuszczał, że zaledwie kilka dni później te słowa nabiorą zupełnie innego znaczenia.

9 marca 2006 r. Hanka Bielicka zmarła w wieku 90 lat. Odeszła jedna z najbardziej charakterystycznych postaci polskiej estrady powojennej. Sama mówiła kiedyś, że marzy o tym, by odejść nagle, bez długiego chorowania i bez utraty sił. Chciała do końca pozostać sprawna i samodzielna.

Hanka Bielicka i jej mąż Jerzy Duszyński w 1959 r.

Jeszcze na krótko przed śmiercią wspominała rozmowę z Ameryki, kiedy pewien mężczyzna podszedł do niej i powiedział, że zna ją z nazwiska, ale nie jest pewien, czy to ona czy Mieczysława Ćwiklińska – bo jedna z nich już nie żyje. Bielicka opowiadała tę historię z uśmiechem, podkreślając, że nigdy nie obrażała się o wiek. Jak twierdziła, nie ma znaczenia, czy ktoś ma 60 czy 80 lat. Najważniejsze jest to, by w człowieku wciąż była energia i radość życia.

Jej droga do sceny zaczęła się bardzo wcześnie. Urodziła się 9 listopada 1915 r. w Kononowce pod Połtawą, gdzie jej rodzice znaleźli się po ewakuacji z Boguchwały. Po zakończeniu pierwszej wojny światowej rodzina przeniosła się do Łomży. Tam młoda Hanka chodziła do gimnazjum i uczyła się gry na pianinie.

W Warszawie studiowała romanistykę na Uniwersytecie Warszawskim, a jednocześnie rozpoczęła naukę w Państwowym Instytucie Sztuki Teatralnej. To właśnie tam wydarzyła się scena, którą po latach często wspominała. Aleksander Zelwerowicz odwiódł ją od pomysłu operacji plastycznej nosa. Powiedział wprost, że taki nos jest dla aktorki wart miliony i że nie ma sensu go zmieniać. Choć wtedy nie sprawiło jej to przyjemności, z czasem zrozumiała, że miał rację.

Na scenie zadebiutowała 8 października 1939 r. w Wilnie w Teatrze na Pohulance, grając Dorynę w „Świętoszku” Moliera. Niedługo później wybuch wojny zmienił wszystko. Do Wilna wyjechała pod koniec sierpnia 1939 r., bo otrzymała propozycję zagrania w „Obronie Ksantypy”. Jak sama później mówiła, ta decyzja sprawiła, że uniknęła losu swojej rodziny. Jej ojciec, Romuald Jan Bielicki, został w 1940 r. aresztowany przez NKWD i wywieziony w głąb Rosji. Zginął w niewyjaśnionych okolicznościach w 1946 r.

Podczas okupacji niemieckiej w Wilnie Bielicka pracowała jako kelnerka i grywała na pianinie w kawiarniach. W Grand Hotelu, gdzie pracowała, spotykało się wielu przyszłych aktorów – jak wspominała po latach, była to prawdziwa „pierwszorzędna obsada”.

Niezapomniana Hanka Bielicka! - Polish Native

Po wojnie wróciła do teatru. Najpierw grała w Białymstoku, później w Łodzi. W 1947 r. pojawiła się w krakowskim kabarecie Siedem Kotów. To właśnie tam poznała Bogdana Brzezińskiego, który stworzył dla niej postać Dziuni Pietrusińskiej – bohaterki monologów komentujących absurd codzienności. Postać ta przez lata stała się jedną z najważniejszych w jej karierze i pojawiała się także w radiowym „Podwieczorku przy mikrofonie”.

Bielicka zawsze podkreślała, że unikała monologów politycznych. Jej bohaterka była raczej kimś, kto mądrzy się na każdy temat, choć tak naprawdę niewiele wie. Właśnie w tym tkwiła komiczność – w spojrzeniu na wielkie sprawy oczami zwykłej bywalczyni kawiarni czy targu.

W 1954 r. przyjęła propozycję Ludwika Sempolińskiego i wystąpiła w „Żołnierzu królowej Madagaskaru” w warszawskim Teatrze Syrena. Z tym teatrem związała się na prawie 45 lat, występując w kilkudziesięciu przedstawieniach. Publiczność kochała ją za temperament, niezwykłą gadatliwość i monologi wypowiadane z prędkością karabinu maszynowego.

Na ekranie pojawiła się po raz pierwszy w „Zakazanych piosenkach” z 1947 r. W kolejnych latach zagrała w około dwudziestu filmach, między innymi w „Sprawie do załatwienia”, „Gangsterach i filantropach”, „Małżeństwie z rozsądku” czy „Panu Wołodyjowskim”. Ostatni raz widzowie mogli zobaczyć ją w filmie „Ja wam pokażę!” z 2006 r., gdzie zagrała ciotkę Judyty.

Nie sposób mówić o Hance Bielickiej bez wspomnienia jej słynnych kapeluszy. Miała ich ogromną kolekcję i często żartowała, że ma mniej lat niż kapeluszy, bo lata mijają, a kapelusze wychodzą z mody. Twierdziła też z uśmiechem, że gdy zakłada kapelusz, jej nos wydaje się mniejszy, a spojrzenie bardziej wyraziste.

Pod barwnym nakryciem głowy kryła się jednak nie tylko mistrzyni humoru, ale też niezwykła osobowość sceniczna. Przez ponad sześć dekad występów potrafiła przyciągać tłumy i sprawiać, że publiczność wychodziła z teatru z uśmiechem. I choć od jej śmierci minęło już wiele lat, dla wielu widzów wciąż pozostaje symbolem energii, dowcipu i scenicznego temperamentu.

Like this post? Please share to your friends: